Wspomnienia Jacka Domaradzkiego - ostatnie chwile z zycia Jadwigi Czarkowskiej .

Mieszkałem na ulicy Nowogrodzkiej 23.

Miałem narzeczoną na Żoliborzu, która przyszła do mnie jeszcze tego dnia, była parę godzin. Później, popołudniu wyszedłem odprowadzić ją do tramwaju i już miała wsiadać do tramwaju na Żoliborz jak się zaczęła strzelanina, więc już jej nie puściłem, tylko wróciliśmy z powrotem na Nowogrodzką do domu. W końcu już wtedy zorientowalismy sie, że to już jest Powstanie.

W międzyczasie chodziłem na Nowogrodzką, bo to wszystko było blisko w tym rejonie, w nocy wyrywałem się na godzinę i szedłem do swojego domu, gdzie była moja narzeczona.
Wtedy przyszedł rozkaz, nagle przenieśli nas na Czerniaków na ulicę Okrąg, róg Ludnej. Pamiętam, że mieliśmy kwaterę na pierwszym piętrze.

Jak już żeśmy wycofali się z Łazienkowskiej, to wtedy front był na ulicy Zagórnej, Czerniakowskiej. Byłem w tym domu, który miał okna wychodzące na Zagórną. Byłem z moją narzeczoną, która mnie odnalazła i uprosiła, żeby ją też przyjąć do akcji. Miałem karabin maszynowy. Byłem z narzeczoną na parterze od strony ulicy Zagórnej. Wtedy nadleciały samoloty i zbombardowały ten dom. Wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu słyszałem, jak nade mną piętro po piętrze wali się dom. Wleciało wszystko do nas do środka na parter, wszystko, całe cztery piętra zsypały się na parter, a myśmy zostali przy oknach. Nas nie zasypało tylko odcięło.

Któregoś września, już nie pamiętam, dwunastego czy może piętnastego, został ranny „Kryska”, dowódca. Wtedy już myśmy myśleli, żeby przedostać się na Pragę. Ponieważ już berlingowcy przypływali, to mieli przewieźć „Kryskę” na drugą stronę Wisły. Mówię do swojej narzeczonej: „Bierz z drugiej strony, płyniemy razem z nim.” Tak to stały warty i nikogo nie puszczały. Swoją drogą, to nie rozumiem, dlaczego. We wszystkich przejściach nikogo nie puszczali w stronę Wisły.

........ szedłem z narzeczoną trzymając ją za rękę, żeby gdzieś się położyć i odpocząć, zdrzemnąć się chociaż ze dwie godziny. W tym momencie wpadł pocisk, nawet nie wiem, czy to nie od Rosjan z drugiej strony. Zrobiło się ciemno, na pięć centymetrów nie było nic widać, poczułem tylko, że narzeczona wysuwa mi się z ręki, więc wziąłem ją jakoś pod głowę, zacząłem wyciągać. Później patrzę, a całą rękę mam we krwi. Okazuje się, że ma przeoraną całą głowę jakimś odłamkiem. Sanitariuszki były tam zaraz oczywiście, obandażowały jej głowę, wziąłem ją do tej sali położyłem ja pod samą ścianę, ............

Coraz więcej rannych kładli. Wieczorem patrzę, że w ogóle nie mogę dojść do narzeczonej, bo muszę iść po ludziach, którzy leżą ranni, a przecież nie można było palić żadnego światła. Była już zupełna makabra, już nie pamiętam, raz mi się udało do niej podejść, ale później nie.

Jeszcze trochę rozmawiała. Miałem kolegę, pseudonim „Baran”, który był ze mną, bo już mój przyjaciel nie żył. Poprosiłem go, żeby mi pomógł znieść narzeczoną nad Wisłę, że jakoś zaciągniemy i w nocy spróbujemy, bo jednak były możliwości przedostania się na drugą stronę, bo ciągle przypływali, więc można było się tam przedostać.
W pierwszej fazie nie puszczali tam, ale teraz to już wszystko można było, nie trzeba było się pytać. Nad Wisłę było jakieś trzysta, czterysta metrów. Ale całe pomieszczenie usłane tak, że w ogóle mowy nie ma, żeby do niej dojść, makabra. Zobaczyliśmy, że akurat tam, gdzie ona leżała jest okno tylko zakratowane. Z drugiej strony jakoś żeśmy doszli, wyrwaliśmy czy wybiliśmy kraty. Muszę powiedzieć, że w nocy można było takie rzeczy robić, bo w nocy nigdy Niemcy nie atakowali, była cisza i spokój. Żeśmy tam doszli i przez to okienko wyciągnęliśmy ją do góry i na kocu jakoś, czołgając się, żeśmy ją ciągnęli w stronę Wisły. Były wyrwy, doły i co chwila pełno trupów.
Ostatnie dni Powstania to już była kompletna makabra. Dociągnęliśmy ją we dwóch na sam brzeg Wisły, ale nie było łodzi, nie przypływały. Już wtedy akurat berlingowcy przestali przypływać. Czekaliśmy do godziny trzeciej, czwartej nad ranem. Widzimy, z Pragi do nas płyną trzy łodzie z berlingowcami, to już były ostatnie łodzie. Przypłynęły. A na brzegu oprócz powstańców zebrał się tłum cywilów, którzy też chcieli jakoś się przedostać na Pragę. Jak te łodzie zaczęły podpływać, to ludzie wychodzili po szyję do wody, wyrzucali berlingowców z łodzi i sami wsiadali. Tak to się odbywało. To już był koniec świata, nie było zdanego ratunku i w ogóle każdy robił, co chciał.
Widziałem takie przypadki, że jak łódź była już napełniona, to przyleciał jakiś z karabinem i krzyczy, że jak go nie wpuszczą, to zaraz będzie strzelał, bij zabij, jeden na drugiego. W tej sytuacji, kiedy wszyscy wychodzili już do wody i nie dali tej łodzi podpłynąć, mówię do kolegi: „Weź ją na ręce, trzymaj, ja pójdę i zajmę miejsce w łodzi, a ty mi ją przyniesiesz, podasz.” Tak zrobiłem, podszedłem, władowałem się do tego pontonu. Widzę, że idzie facet i niesie ją z obandażowaną głową, więc wołam: „Tutaj, tutaj, dawaj!” Podszedł do mnie, złapałem ją, wciągam do środka. Wciągnąłem ją na tę łódź, tymczasem jeszcze więcej, jeszcze więcej ludzi i łódź odwróciła się do góry dnem, wylecieliśmy i żeśmy wpadli do wody. Woda tam już prawie była bez gruntu. Złapałem ją wpół i płynę, ale ja raczej słabo pływam, wreszcie jakoś dotknąłem dna i ją wyciągnąłem, a ona mówi: „Dziękuję panu bardzo.” Okazuje się, że to była w ogóle obca dziewczyna, a po ciemku widziałem obandażowaną głowę, myślałem, że to jest moja narzeczona. O mały włos utopiłbym się, że jakąś obcą dziewczyną wyciągałem.
Wychodzę i patrzę, że kolega stoi na brzegu z narzeczoną. Żeśmy poczekali aż się zrobiło jasno. Trzeba wracać. Wszyscy się bali. W dzień nad Wisłę nie można było przebiec, nie można było na brzegu siedzieć, bo Niemcy ze wszystkich stron strzelali, więc jak się zrobi dzień, to nas wybiją jak kaczki, a tam jesteśmy w domu, w piwnicach. Wzięliśmy ją i taszczymy z powrotem. Co chwila puszczali jakieś świece, że robiło się jasno, co chwila pociski, które w ten kilkusetmetrowy odcinek biły bez przerwy. To były działa kolejowe z Bielan czy skądś strzelali w ten odcinek, bo wiedzieli, że tu jest przeprawa. Niemcy bali się Rosjan, żeby nie przeszli, dlatego wszyscy bili w to miejsce. Przypuśćmy, jak na Czerniakowskiej taki pocisk spadał przed domem czteropiętrowym, to cała kamienica szła w gruzy.
Zataszczyliśmy moją narzeczoną z powrotem, ale nie było mowy, żeby wejść na tę salę, wszystko zasiane rannymi i trupami.
Posadziłem ją na schodach do piwnicy, ale ona już była ledwie żywa.

..........  Chciałem pójść do tego domu, a tam patrzę, w oknach wszędzie już są Niemcy, rzucają granaty, strzelają, mordują. Wtedy pomyślałem chwilę, co zrobić, wrócić tam, to nawet nie dojdę, a mnie ustrzelą albo jak dojdę, to tym bardziej. Co robić? Znowu trzeba błyskawicznie myśleć. Czasem mam wyrzuty sumienia, że nie wróciłem, tylko zostawiłem narzeczoną, która jeszcze żyła. Ale wracanie to pewna śmierć.

........     Wszystko było puste. Byłem na Żoliborzu, zajrzałem tam, gdzie mieszkała moja narzeczona z rodziną: było puste mieszkanie. Wziąłem trochę dokumentów na pamiątkę i tyle.

.......  jak w Warszawie w czasie Powstania formowali oddział „Kryski”, to zgłosiłem się jako „Alfa”. Moja narzeczona była „Omega”.

.... Tego nie mówiłem, że jak byłem w pierwszych dniach sierpnia w Warszawie na Nowogrodzkiej, pod drugim chyba mieliśmy punkt. Mieszkałem pod dwudziestym trzecim. W nocy przychodziłem na chwilę i widziałem się z narzeczoną. Później nagle rozkazem nas wzięli na Czerniaków i nie zdążyłem jej zawiadomić. Czekała, mnie nie ma, ale wiedziała, że jestem na Nowogrodzkiej pod drugim, więc wybrała się tam z moją fotografią, pokazywała różnym kucharkom, które zostały, pytała, czy taki tu był. Powiedzieli jej, że zabrali wszystkich na Czerniaków. A ona wcale nie znała Warszawy, ani gdzie Czerniaków, a poza tym chodziło się przekopami przez Książęcą takim tunelem. Ktoś nagle powiedział: „Czy chcesz iść na Czerniaków? Idę tam, to mogę cię zabrać.” I ona się zabrała z tym facetem i przyszła, znalazła mnie na Czerniakowie. Jak przyszła, to byłem z tym przyjacielem. Po co przychodziła, mogła siedzieć w domu, ale jak już jest, to już załatwiliśmy z dowódcą, że przyjęli ją jako łączniczkę. Miałem karabin maszynowy, a ona miała plecak z amunicją.

Zdjecia te i inne dane pochodza z ksiazki Zolnierze AK Kryska - autor  Slawomir Fojcik

 

                            

                           

 

     

Historia Jacka - wywiad dla Muzeum Powstania Warszawskiego (również na
stronie www.1944.pl) w zakładce archiwum historii mówionej.
 

powrot